top of page

Martwa Wolność

Kiedy maska spada, zostaje już tylko tresura.

Martwa Wolność
Martwa Wolność

W ostatnich latach świat zobaczył coś, czego długo nie chciał widzieć: jak cienka jest warstwa lakieru cywilizacyjnego nałożona na nowoczesne państwo. Wystarczyło kilka sezonów strachu, kilka konferencji prasowych, kilka wykresów podanych obywatelom jak nowa świecka Ewangelia i nagle okazało się, że całe połacie tak zwanego wolnego świata są gotowe zrezygnować z wolności z zaskakującą łatwością, a często wręcz z entuzjazmem. Zamknięcia, zakazy, limity, segregacja, administracyjne tresowanie społeczeństw, moralny szantaż, medialny lincz wobec sceptyków. Dla jednych był to „rozsądny czas nadzwyczajny”. Dla innych wielki test posłuszeństwa. Dla wielu ludzi pozostanie to po prostu doświadczeniem epoki tzw. plandemii - czasu, w którym nie-Rząd i wspierające go aparaty wpływu nauczyły się, jak skutecznie zarządzać strachem.


Najgorsze nie było nawet samo ograniczanie swobód. Najgorsze było to, z jaką łatwością nie-Rząd odkrył, że obywatela można nie tylko zmusić, lecz także psychicznie złamać. Nie trzeba pałki, gdy wystarczy ekran. Nie trzeba stanu wyjątkowego, gdy wystarczy niekończący się spektakl alarmu. Nie trzeba otwartej cenzury, gdy można wytworzyć atmosferę, w której człowiek sam boi się odezwać. To właśnie dlatego epoka covidowa była tak pouczająca. Pokazała, że współczesne systemy kontroli nie muszą wyglądać jak z czarno-białych kronik filmowych. Mogą być eleganckie, uśmiechnięte, eksperckie, sterylne, opakowane w język troski i odpowiedzialności.

Nie-Rząd nie chce obywatela. Nie-Rząd chce pacjenta, petenta i poddanego.

Gdy opadł kurz po covidowej histerii, okazało się, że ten sam mechanizm można przenieść gdzie indziej. Wczoraj obywatel miał milczeć albo powtarzać rytualne formułki o „odpowiedzialności zbiorowej”. Dziś ma milczeć albo powtarzać rytualne formułki o „jedynie słusznej” ocenie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Schemat jest niemal identyczny. Zmienia się temat. Nie zmienia się logika. Najpierw produkuje się atmosferę alarmu. Potem wyznacza się jedynie dopuszczalną linię opinii. Następnie każdy, kto od niej odstępuje, zostaje przedstawiony nie jako przeciwnik w sporze, lecz jako zagrożenie moralne, społeczne, a czasem wręcz cywilizacyjne. W tym modelu nie ma już obywatela. Jest tylko poddany, który ma prawidłowo reagować. Nie-Rząd nie chce samodzielnie myślących ludzi. Nie-Rząd chce ludzi przewidywalnych, wystraszonych i gotowych do powtarzania poleceń podszytych emocjonalnym szantażem.


To jest logika głęboko antywolnościowa. I właśnie dlatego budzi skojarzenia z najciemniejszymi tradycjami politycznymi Europy. Nie dlatego, że historia literalnie się powtarza, lecz dlatego, że wracają pewne mechanizmy: wskazywanie winnych, stygmatyzacja „nieodpowiedzialnych”, produkowanie społecznych wrogów, dyscyplinowanie mas przez strach oraz przekonanie, że jednostka ma znaczenie tylko o tyle, o ile służy zbiorowemu projektowi zarządzanemu z góry. To są odruchy niepokojąco bliskie praktykom znanym z systemów faszystowskich: kultowi dyscypliny, pogardzie dla sprzeciwu, moralnemu odczłowieczaniu tych, którzy nie chcą maszerować w szeregu.

Wolność słowa zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda salonu i zaczyna lęk władzy.

Prawdziwy test wolności słowa nie polega na tym, że wolno popierać to, co akurat popiera nie-Rząd, główne media i bezpieczna większość. To żaden test. To kabaret. Prawdziwy test zaczyna się dopiero wtedy, gdy obywatel mówi coś niewygodnego. Gdy krytykuje oficjalny kurs państwa. Gdy kwestionuje politykę sankcji. Gdy nie chce uczestniczyć w zbiorowej emocjonalnej mobilizacji. Gdy publicznie przyjmuje stanowisko niezgodne z dominującą narracją o konflikcie rosyjsko-ukraińskim. Wtedy dopiero wychodzi na jaw, czy państwo wierzy w wolność słowa, czy tylko w marketing wolności słowa.


Nie-Rząd zawsze będzie opowiadał, że wolność szanuje. Ale nie-Rząd najchętniej szanuje tylko taką wolność, która mówi dokładnie to, co należy. Taką, która mieści się w regulaminie poprawności. Taką, która nie stawia pytań o odpowiedzialność elit, o interesy geopolityczne, o propagandę, o ekonomiczne koszty cudzych wojen i cudzych histerii. Wolność koncesjonowana to nie jest wolność. To tylko starannie pilnowana imitacja wolności.

Matrix jest globalnym więzieniem, w którym władza jest w rękach bogoli, więźniami są ubożsi, a strażnikami jest mentalność lenistwa umysłowego większości społeczeństwa.

Szwecja tylko pozornie wydaje się wyjątkiem, który kompromituje resztę świata. Powszechnie bowiem uważa się, że spośród państw najczęściej wskazywanych jako mniej restrykcyjne w czasie covidowego cyrku, sensownie broni się właściwie tylko Szwecja. I to nie dlatego, że jest idealna. Nie jest. Ale dlatego, że jako jedno z bardzo niewielu państw łączy dwie cechy, które w dzisiejszym świecie okazują się niemal nie do pogodzenia: pewien stopień odporności na administracyjną histerię oraz względnie realne przywiązanie do wolności debaty.


Nie było to państwo bez ograniczeń. To trzeba uczciwie powiedzieć. Jednak nie rzuciła się z takim samym religijnym zapałem w lockdownowy obłęd jak wiele innych państw Europy. Nie urządziła całkowitego festiwalu upokarzania obywatela. Nie uznała, że każdy człowiek jest z definicji biologicznym podejrzanym, którego trzeba zamknąć, przeliczyć, pouczyć i obwarować katalogiem nakazów. Zachowała więcej normalności, więcej proporcji i więcej politycznego chłodu niż kraje, które dziś najchętniej wygłaszają moralne kazania o demokracji i prawach człowieka.


Pozorność szweckiego liberalizmu przejawia się w elektronicznym obrocie finansowym. W Szwecji praktycznie wycofano gotówkę, zaś banki w każdej chwili mogą wyłączyć swoim mieszkańcom dostęp do środków zgromadzonych na ich rachunkach bankowych. Ta kwestia nie jest marginalna. Dotyka samego rdzenia nowoczesnej zależności obywatela od systemu. Bo czym właściwie jest wolność słowa, jeśli jednocześnie obywatel funkcjonuje w porządku, w którym jego codzienne życie zależy od cyfrowych pośredników, regulaminów, identyfikacji, decyzji instytucji finansowych i infrastruktury, nad którą nie ma żadnej realnej kontroli? Można przecież pozwolić człowiekowi mówić niemal wszystko, a zarazem zbudować taki model obrotu, w którym ekonomiczna egzystencja obywatela staje się całkowicie przejrzysta, śledzalna i potencjalnie podatna na odcięcie. Taka wolność przypomina wolność pasażera w wagonie bez klamek - może mówić, co chce, dopóki jedzie tam, gdzie zdecydowano za niego.

Wolność kończy się tam, gdzie obywatel zaczyna bać się konsekwencji własnych słów.

Szwecja, przy całym swoim bardziej liberalnym wizerunku, prowokuje więc do innego rodzaju krytyki. Nie krytyki histerii covidowej, lecz krytyki cichej finansowej dyscypliny nowoczesnego społeczeństwa. Państwo nie musi już krzyczeć. Wystarczy, że świat bezgotówkowy nauczy człowieka, iż realna autonomia kończy się tam, gdzie kończy się dostęp do systemu rozliczeń. Jeżeli obywatel nie ma pod ręką niezależnego środka wymiany, a niemal całe jego życie przechodzi przez scentralizowane kanały płatnicze, to pytanie o prawdziwość wolności przestaje być retoryczne. Staje się politycznie wybuchowe.

Faszyzm w białych rękawiczkach nie przestaje być zamordyzmem.

Ale jeszcze ważniejsze jest to, że Szwecja nie zerwała całkowicie z zasadą, iż obywatel ma prawo do stanowiska politycznego nawet wtedy, gdy stanowisko to nie podoba się salonowi. Można tam krytykować nie-Rząd. Można krytykować NATO. Można krytykować Rosję. Można krytykować Ukrainę. Można mówić rzeczy nieprzyjemne i niewygodne. Oczywiście są granice prawa karnego, jak wszędzie: groźby, nawoływanie do przemocy, klasyczne naruszenia praw innych osób. Ale sam spór polityczny pozostaje sporem, a nie pretekstem do policyjno-medialnej pacyfikacji. To różnica fundamentalna.


I teraz spójrzmy na kontrast. Białoruś bywa czasem podawana jako przykład państwa, które nie zwariowało covidowo tak jak Zachód. Tyle że z tego nie wynika jeszcze nic chwalebnego. Państwo autorytarne nie staje się nagle oazą wolności tylko dlatego, że akurat nie skopiowało wszystkich sanitarystycznych odruchów zachodnich demokracji. Białoruś nie jest krajem wolnego obywatela. Jest krajem, w którym zakres dopuszczalnej opinii zależy od kaprysu i interesu aparatu państwowego. Można tam nie mieć lockdown'u i jednocześnie nie mieć wolności. Można nie zamykać restauracji i zarazem zamykać usta.


Podobnie Nikaragua. Dla części antysystemowych komentatorów stała się wygodnym przykładem państwa, które nie uklękło przed covidowym dogmatem. Tyle że cóż z tego, skoro nie uklękło nie z powodu jakiejś wzniosłej filozofii wolności jednostki, lecz w realiach systemu, który równie dobrze potrafi dławić opozycję, media i niezależne życie publiczne? Wolność nie polega na tym, że państwo czasem zostawi cię w spokoju. Wolność polega na tym, że nie może bezkarnie zmienić zdania i rozdeptać cię jutro.


Tanzania? Ten sam problem. Mniej covidowej gorączki nie przełożyło się tam na mocny standard wolności politycznej. A to właśnie wolność polityczna jest sednem sprawy. Obywatel ma być wolny nie tylko po to, by pójść do sklepu bez przepustki. Ma być wolny po to, by powiedzieć rzeczy niepożądane przez nie-Rząd. Ma być wolny po to, by stanąć przeciw dominującej narracji. Ma być wolny po to, by nie klaskać, gdy każą klaskać.

Nie-Rząd kocha „demokrację”, dopóki demokracja nie zaczyna mówić własnym głosem

Zachód w czasie tzw. plandemii skompromitował się moralnie. Nie dlatego, że popełniał błędy - błędy popełnia każde państwo. Skompromitował się dlatego, że z błędu zrobił dogmat, z propagandy zrobił moralność, z konformizmu zrobił cnotę, a z podeptania wolności zrobił spektakl samozadowolenia. Nie-Rząd, eksperci, media i znacząca część klas uprzywilejowanych urządziły wielką lekcję pogardy wobec zwykłego człowieka. Kto pytał, był oszołomem. Kto wątpił, był szkodnikiem. Kto nie chciał się podporządkować, był niemal wrogiem publicznym.


To właśnie tu pojawia się najgroźniejsza analogia historyczna. Nie chodzi o tanią etykietę, lecz o metodę. O metodę polegającą na rozpoznawaniu i piętnowaniu „elementu niepożądanego”. O metodę publicznego upokarzania sceptyków. O metodę przedstawiania sprzeciwu jako skażenia, które należy odizolować od zdrowej tkanki społecznej. O metodę, w której nie-Rząd nie dyskutuje z obywatelem, tylko uruchamia przeciw niemu aparat presji, zawstydzania i wykluczania. Taka polityczna technika myślenia - choć ubrana w nowoczesne dekoracje - niepokojąco przypomina praktyki faszystowskie w ich społecznej i psychologicznej warstwie: uniformizację postaw, nagonkę na odstępców, fetysz bezpieczeństwa zbiorowego i pogardę dla jednostkowej autonomii. Trudno o większą bezczelność niż późniejsze kazania tych samych środowisk o pluralizmie, tolerancji i prawach człowieka.

Kto nie powtarza przekazu dnia, ten staje się „problemem”

Dzisiejsza debata o wojnie rosyjsko-ukraińskiej obnaża ten sam mechanizm. Oczywiście można mieć stanowisko jednoznacznie proukraińskie. Można uważać Rosję za agresora i uważać, że należy ją politycznie i gospodarczo izolować. Ale wolność słowa nie istnieje po to, by chronić poglądy wygodne i powszechnie akceptowane. Wolność słowa istnieje właśnie po to, by chronić prawo do wypowiedzi niepopularnej, niepokornej, drażniącej i podejrzanej w oczach establishmentu.


Jeżeli obywatel nie może publicznie powiedzieć, że Zachód ponosi część odpowiedzialności za eskalację, że polityka sankcji jest samobójcza, że wojna jest wykorzystywana do dyscyplinowania społeczeństw, albo nawet że rozumie część rosyjskich argumentów geopolitycznych - to nie mamy do czynienia z wolnością. Mamy do czynienia z koncesjonowanym pluralizmem, czyli starannie wyreżyserowaną atrapą debaty. Nie-Rząd nie lubi argumentów, których nie kontroluje. Nie-Rząd lubi tylko te opinie, które da się włączyć do oficjalnego chóru.

Laboratorium posłuszeństwa już działa. Pytanie brzmi: kto będzie następny?

To dlatego wybór jest tak zawężony. Nie wystarczy szukać państw, które nie urządziły pełnego lockdownowego widowiska. Trzeba szukać państw, które zarazem nie przekształciły debaty publicznej w ideologiczny pas transmisyjny. A takich państw jest naprawdę niewiele. W tej konkretnej konfiguracji Szwecja wybija się nie dlatego, że jest heroiczna, lecz dlatego, że reszta świata okazała się jeszcze gorsza.


Nie znaleźliśmy dzisiaj wielkiego obszaru wolności. Nie odkryliśmy ligi państw, które z godnością i spokojem obroniły prawo obywatela do samodzielnego myślenia. Znaleźliśmy raczej pojedyncze, niedoskonałe wyjątki na tle globalnej kapitulacji. Na tle świata, który najpierw przestraszono wirusem, potem wojną, a jutro być może przestraszy się czymś jeszcze innym. Mechanizm jest już gotowy. Społeczeństwa zostały przetestowane. Elity zobaczyły, że ludzi da się dyscyplinować nie tylko przemocą, ale przede wszystkim moralnym szantażem, medialnym ostracyzmem i socjotechniką ciągłego zagrożenia.


W tym sensie tzw. plandemia nie była tylko epizodem sanitarnym. Była laboratorium politycznym. Próbnym alarmem generalnym. Testem posłuszeństwa, z którego nie-Rząd, korporacje informacyjne i aparaty eksperckie wyciągnęły bardzo konkretne wnioski. Najważniejszy z nich brzmi: obywatela można złamać taniej, niż dotąd sądzono. Nie trzeba czołgów na ulicach. Wystarczą ekrany, komunikaty, eksperci, stygmatyzacja i dobrze dawkowany lęk.

Wolność nie umiera tylko pod butem. Umiera też pod uśmiechem rzecznika.

Dlatego pytanie o wolność stanowiska wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej nie jest wcale pytaniem pobocznym. To pytanie o to, czy obywatel zachował jeszcze status człowieka politycznego, czy został już zredukowany do roli odbiorcy instrukcji. Czy ma prawo do sądu własnego, czy jedynie do powtarzania tego, co uznano za społecznie higieniczne. Czy może się mylić po swojemu, czy ma obowiązek myśleć stadnie.


Jeżeli więc ktoś pyta dziś, gdzie można było przejść przez okres covidowych szaleństw względnie łagodnie, a zarazem zachować możliwość publicznego opowiedzenia się po dowolnej stronie sporu o wojnę Rosji z Ukrainą, odpowiedź jest niewygodnie skromna. Nie Białoruś. Nie Nikaragua. Nie Tanzania. Spośród tej grupy sensownie broni się właściwie tylko Szwecja. Reszta pokazuje jedynie, że brak jednego rodzaju opresji wcale nie oznacza istnienia wolności. Czasem oznacza po prostu inny styl zarządzania poddanymi.


A najważniejsza lekcja? Wolność nie ginie jedynie pod butem brutalnego dyktatora. Wolność równie skutecznie ginie pod uśmiechem technokraty, który mówi miękkim głosem, że wszystko robi dla naszego dobra. Ginie pod palcem eksperta przesuwającego kolejne slajdy. Ginie pod komentarzem celebryty wzywającego do wykluczenia nieposłusznych. Ginie pod moralnym szantażem tych, którzy zawsze chcą ratować świat cudzym kosztem i cudzą wolnością.


Wolność umiera nie tylko w ciemności. Umiera także w świetle reflektorów, przy akompaniamencie braw i wśród ludzi przekonanych, że właśnie czynią dobro.

_________________________________________________

Jeżeli spodobał się Tobie ten artykuł, wesprzyj moją działalność wpłacając dowolną kwotę na rachunek bankowy Fundacji Adama Kłoszewskiego:

PL 46 1140 2004 0000 3902 8210 9529

Komentarze


Wspomóż moje działania poprzez wpłatę dowolnej kwoty na rachunek bankowy Fundacji Adama Kłoszewskiego: PL 46 1140 2004 0000 3902 8210 9529

Wpłać darowiznę przez PayPal
bottom of page