top of page

Niemcy biją Polaków - cz. II

Policja berlińska zainicjowała postępowania karne przeciwko Polakom.

Niemcy pod pozorem ochrony praworządności znów biją Polaków tak samo jak bili w Oświęcimiu.
Niemcy znów biją Polaków - cz. II

Pierwszy artykuł o interwencji niemieckiej policji wobec Polaków niosących krzyż w pobliżu Gedenkort für Polen 1939–1945 kończył się listą pytań. Pytałem wtedy o podstawę prawną, liczbę funkcjonariuszy, użycie siły, kajdanki, zatrzymania, pomoc medyczną, nagrania, kontakt z konsulem i historyczną wrażliwość niemieckich służb. Artykuł nie przesądzał wszystkich faktów, bo w tamtym momencie brakowało pełnej odpowiedzi Berlina.


Teraz odpowiedź nadeszła. I jest to odpowiedź, która wbrew intencji niemieckiej policji nie rozbraja sprawy, lecz ją wzmacnia.



Policja Berlin w piśmie z 30 czerwca 2026 r. potwierdziła, że sprawa dotyczyła około 15-osobowej grupy, która chciała dojść z drewnianym krzyżem i tablicami do miejsca pamięci polskich ofiar niemieckiej przemocy. Potwierdziła też, że w działania zaangażowano aż 58 funkcjonariuszy i 10 pojazdów, a wobec sześciu obywateli polskich zastosowano środki ograniczające wolność. Co więcej, berlińska policja przyznała, że wszczęto sześć postępowań karnych i jedno postępowanie wykroczeniowe.


To nie jest już tylko relacja uczestników. To nie jest już tylko obraz z internetu. To jest oficjalne stanowisko niemieckiej policji.


Niemiecka policja sama opisała, co zrobiła

Policja Berlin twierdzi, że nie działała przeciwko Polakom jako Polakom i że nie chciała zakazać samego upamiętnienia. Według jej wersji „ciche, indywidualne i godne” uczczenie ofiar przez obywateli polskich nie jest zakazywane. Problemem miały być działania „typowe dla zgromadzenia”: wspólne przejście, krzyż, tablice, kamizelki z logo ROG, pieśń „Rota”, muzyka z głośnika i obecność Telewizji Republika. Z tego powodu grupa została zakwalifikowana jako zgromadzenie niezgłoszone na podstawie berlińskiej ustawy o wolności zgromadzeń.


To jest rdzeń niemieckiej obrony: nie zakazaliśmy Polakom pamiętać, tylko ograniczyliśmy niezgłoszone zgromadzenie. Wniosek z tego nasuwa się oczywisty:


Niemcy pod pozorem ochrony praworządności znów biją Polaków tak samo jak bili w Oświęcimiu.

Ale w państwie prawa sprawa nie kończy się na słowie „zgromadzenie”. Nawet jeżeli policja uznała, że doszło do naruszenia formalnego obowiązku zgłoszenia, pozostaje pytanie zasadnicze: czy użyte środki były konieczne, proporcjonalne i najmniej dolegliwe? Czy naprawdę nie wystarczył korytarz dojścia? Czy naprawdę nie wystarczyła asysta policji? Czy naprawdę grupa kilkunastu Polaków z krzyżem wymagała 58 funkcjonariuszy, 10 pojazdów, kajdanek, sprowadzania do ziemi i sześciu postępowań karnych?


Krzyż miał dojść do miejsca pamięci Polaków zamordowanych przez Niemców

Najważniejszy fragment policyjnej odpowiedzi dotyczy świadomości funkcjonariuszy. Policja przyznaje, że podczas rozmowy z osobą występującą jako prowadzący zgromadzenie zakomunikowano temat: „Ku czci Polaków zamordowanych w II wojnie światowej”. Policja przyznaje też, że grupa chciała dojść z krzyżem i tablicami do pomnika, aby dokonać złożenia wieńca.


Innymi słowy: niemiecka policja wiedziała, że nie chodzi o przypadkowy przemarsz uliczny. Wiedziała, że chodzi o polskie ofiary niemieckiej okupacji. Wiedziała, że symbolem niesionym przez Polaków jest krzyż. Wiedziała, że celem jest miejsce pamięci polskich ofiar.


Mimo to uznała, że do samego miejsca pamięci można dopuścić co najwyżej małe grupy, bez kamizelek, transparentów, flag i znaków politycznych. Policja twierdzi, że zaproponowała złożenie wieńca bezpośrednio przy pomniku przez maksymalnie trzy osoby jednocześnie, ale pod warunkiem rezygnacji z elementów nadających akcji charakter zgromadzenia. Według policji propozycja została stanowczo odrzucona.


Nawet jeśli tak było, nadal pozostaje pytania:

  • dlaczego odpowiedzią państwa niemieckiego na odmowę przyjęcia tej propozycji musiały być kajdanki i obezwładnianie?

  • czy bicie Polaków przez Niemców jest przejawem tradycji historycznej Narodu Niemieckiego?


Oficjalnie: kajdanki, sprowadzenie do ziemi, chwyty, techniki transportowe

Najbardziej obciążający fragment odpowiedzi Policji Berlin dotyczy przymusu bezpośredniego. Policja twierdzi, że uczestnicy byli wzburzeni, niekooperatywni, nie wykonywali poleceń zatrzymania się i próbowali przerwać policyjną blokadę. Według policji po rozmowie z prowadzącym zgromadzenie doszło do kolejnej próby przełamania blokady, a sześciu obywateli polskich miało stawiać opór funkcjonariuszom.


Ale właśnie w tej samej odpowiedzi policja przyznaje, że opór miał zostać przełamany przez założenie kajdanek, fizyczne unieruchomienie, sprowadzenie do ziemi, chwyty, techniki transportowe i inne techniki przymusu. To jest zasadniczy punkt tej sprawy. Nie trzeba rozstrzygać w felietonie, czy każdy uczestnik zachował się idealnie. Nie trzeba udawać, że przepisy o zgromadzeniach nie istnieją. Nie trzeba też bronić żadnej organizacji politycznej. Wystarczy postawić pytanie, które w cywilizowanym państwie powinno być oczywiste: czy niemiecka policja mogła i powinna była rozwiązać tę sytuację inaczej?


Jeżeli na miejscu było 58 funkcjonariuszy, to tym bardziej powinni byli mieć możliwość opanowania sytuacji bez obrazów, które w Polsce muszą budzić historyczny wstrząs: niemiecki funkcjonariusz, polski obywatel, ziemia, kajdanki, krzyż i miejsce pamięci ofiar niemieckiej okupacji.


Sześć osób ograniczonych w wolności od 17:11 do 18:33

Policja Berlin potwierdziła, że sześć osób pozostawało objętych środkami ograniczającymi wolność od godziny 17:11 do 18:33. To trwało ponad godzinę i dwadzieścia minut. W języku urzędowym można to nazywać „freiheitsbeschränkende Maßnahmen”. Można pisać, że nie chodziło o represję, lecz o identyfikację i zabezpieczenie postępowania. Można opisywać to językiem procedury. Ale dla obywatela, który został obezwładniony, skuty i czasowo pozbawiony swobody w obcym państwie, nie jest to abstrakcyjna formuła administracyjna.


Tym bardziej że Senatsverwaltung für Inneres und Sport — czyli berlińska administracja spraw wewnętrznych — w swojej odpowiedzi posługuje się jeszcze mocniejszym sformułowaniem i pisze, że sześć osób zostało „vorläufig festgenommen”, czyli tymczasowo zatrzymanych.


Problem konsularny: policja nie pouczyła o pomocy konsularnej

Szczególnie poważny jest wątek konsularny. Policja Berlin twierdzi, że sześciu obywateli polskich pouczono o prawach w postępowaniu. Jednocześnie przyznaje, że funkcjonariusze zrezygnowali z pouczenia o możliwości skorzystania z pomocy konsularnej. Uzasadnienie jest zdumiewające: według policji środki ograniczające wolność miały służyć jedynie ustaleniu tożsamości w ramach zabezpieczenia postępowania karnego. Policja twierdzi też, że Ambasada RP w Berlinie została poinformowana pisemnie przez właściwą jednostkę do spraw placówek dyplomatycznych.


To wymaga oddzielnej reakcji polskich władz. Jeżeli obywatel polski jest czasowo pozbawiany wolności w Niemczech, jeżeli wobec niego stosuje się kajdanki, jeżeli w tle są postępowania karne, to pytanie o kontakt konsularny nie jest formalnością. To jest pytanie o realną ochronę obywatela Rzeczypospolitej Polskiej za granicą. Polskie MSZ powinno ustalić, kiedy dokładnie poinformowano Ambasadę RP, kto odebrał informację, czy konsul miał możliwość kontaktu z obywatelami polskimi i czy sami zainteresowani zostali realnie poinformowani o przysługujących im prawach.


Trzy osoby trafiły do szpitali

Kolejny element odpowiedzi również wymaga wyjaśnienia. Policja twierdzi, że początkowo byli uczestnicy zgromadzenia odmówili wezwania ratowników. Jednocześnie przyznaje, że około godziny 19 funkcjonariusze zostali wezwani w rejon Straße des 17. Juni do trzech osób, które skarżyły się na ból. Te trzy osoby zostały przewiezione karetkami do szpitali. Policja nie ma informacji o ich dalszym losie.


To oznacza, że pytanie o skutki zdrowotne interwencji nie zostało zamknięte. Jeżeli trzy osoby po policyjnej interwencji skarżyły się na ból i trafiły do szpitali, opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jakie były rozpoznania, jakie obrażenia stwierdzono i czy pozostawały one w związku z zastosowaniem przymusu. Oczywiście dokumentacja medyczna należy do poszkodowanych, ale państwo polskie powinno im pomóc w jej zabezpieczeniu, przetłumaczeniu i wykorzystaniu w ewentualnych skargach.


Nagrania istnieją, ale decydować ma prokuratura

Policja Berlin przyznała, że działania dotyczące czynów karalnych były dokumentowane wideo przez specjalnie wyszkolonych funkcjonariuszy do celów dowodowych. Nagrania mają służyć wszczętym postępowaniom karnym jako dowody, a o ich udostępnieniu ma decydować wyłącznie Prokuratura w Berlinie. Jednocześnie policja twierdzi, że kamer nasobnych nie użyto, ponieważ w sytuacjach zgromadzeń ich stosowanie nie jest prawnie dopuszczalne ze względów ochrony danych.


To oznacza, że istnieje materiał, który może rozstrzygnąć wiele spornych kwestii. Nie wystarczy jednak powiedzieć: „nagrania są w aktach”. Jeżeli niemieckie władze twierdzą, że Polacy stawiali opór, trzeba pokazać pełny kontekst. Nie kilkusekundowy fragment. Nie wycinek dobrany pod tezę. Pełny przebieg zdarzenia: moment zatrzymania grupy, rozmowę z prowadzącym, propozycje policji, reakcję uczestników, utworzenie blokady, pierwsze użycie siły, założenie kajdanek, sprowadzenie do ziemi, czynności wobec każdej z sześciu osób i sytuację po zakończeniu interwencji. Bez tego niemiecka wersja pozostaje wersją organu, który sam siebie ocenia.


Policja sama uznała swoją proporcjonalność

Policja Berlin informuje, że wszystkie jej działania są co do zasady analizowane po zakończeniu, a wynik tej analizy miał prowadzić do wniosku, że środki były podjęte dla zapewnienia bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz z poszanowaniem zasady proporcjonalności. To brzmi jak urzędowe samorozgrzeszenie - tak charakterystyczne dla Niemiec okresu hitlerowskiego.


W demokratycznym państwie prawa ocena proporcjonalności nie może polegać wyłącznie na tym, że policja po użyciu siły stwierdza, iż użyła jej proporcjonalnie. Szczególnie wtedy, gdy sprawa ma wymiar międzynarodowy, historyczny i dotyczy obywateli państwa, które było ofiarą niemieckiej agresji, okupacji i terroru.


Potrzebna jest zewnętrzna, niezależna ocena: przez prokuraturę, organy kontroli policyjnej, parlamentarzystów berlińskich, polskie służby konsularne, a w razie potrzeby także przez sądy.


Senat Berlina broni policji

Odpowiedź Senatsverwaltung für Inneres und Sport idzie zasadniczo tym samym torem. Berlińska administracja spraw wewnętrznych twierdzi, że policja zareagowała szybko i że było to zrozumiałe, bo chodziło o ochronę godności Gedenkort für Polen i ofiar z lat 1939–1945. Według Senatu grupa miała iść wspólnie z transparentami, dużym drewnianym krzyżem i „głośnymi okrzykami”, a całość — zdaniem berlińskich władz — nie odpowiadała godności miejsca pamięci.


Senat Berlina twierdzi też, że policja zaproponowała alternatywne miejsca zgromadzenia w pobliżu, w zasięgu wzroku i głosu, oraz możliwość odwiedzenia miejsca pamięci w małych grupach. Według Senatu propozycje nie zostały przyjęte, a uczestnicy próbowali wspólnie przerwać blokadę, co doprowadziło do użycia przymusu i zatrzymania sześciu osób.


Jednocześnie Senat przyznaje, że krytyka działań policji i stawiane pytania są traktowane poważnie. Zastrzega jednak, że przy ocenie trzeba brać pod uwagę wszystkie okoliczności, w tym — jak pisze — „starannie przygotowaną” sytuację przez osoby odpowiedzialne za zgromadzenie oraz jej medialne nagłośnienie.


To ostatnie jest charakterystyczne. Zamiast odpowiedzieć wprost, czy niemiecka policja mogła uniknąć obrazów skuwania Polaków przy miejscu pamięci polskich ofiar, berlińskie władze sugerują, że sama obecność kamer i przygotowanie medialne są elementem, który trzeba brać pod uwagę przy ocenie zdarzenia.


Ale obecność kamer nie odbiera obywatelom praw. Przeciwnie — w sprawach tak wrażliwych kamery są często jedyną ochroną przed urzędową wersją wydarzeń.


Miejsce pamięci ma szczególny status, ale nie jest strefą zakazu polskiej pamięci

W tej sprawie niezwykle ważny jest jeszcze jeden dokument: rozporządzenie Senatu Berlina z 16 grudnia 2025 r. dotyczące Gedenkort für Polen 1939–1945. Wynika z niego, że Berlin sam uznał to miejsce za „symbolträchtiger Ort” w rozumieniu § 14 ust. 2 zd. 1 nr 3 berlińskiej ustawy o wolności zgromadzeń.


W uzasadnieniu tego dokumentu wskazano, że Gedenkort für Polen 1939–1945 znajduje się na terenie dawnej Kroll-Oper, że upamiętnia polskie ofiary narodowego socjalizmu i niemieckiej przemocy w Polsce, a sam napis na miejscu pamięci brzmi: „Polskim ofiarom narodowego socjalizmu i ofiarom niemieckiej przemocy w Polsce 1939–1945”. Dokument przypomina też, że niemiecki atak na Polskę 1 września 1939 r. rozpoczął II wojnę światową, a ponad pięć milionów obywateli polskich, w tym trzy miliony Żydów, padło ofiarą wojny, okupacji, Holokaustu, terroru, pracy przymusowej i prześladowań. Ten sam dokument przypomina również, że na terenie dawnej Kroll-Oper Adolf Hitler wygłosił 1 września 1939 r. przemówienie dotyczące niemieckiego ataku na Polskę.


Skoro tak, to niemieckie państwo nie może traktować polskiego krzyża w tym miejscu jak zwykłego rekwizytu demonstracyjnego. Nie może udawać, że scena niemieckich funkcjonariuszy powalających Polaków przy miejscu pamięci polskich ofiar jest zwykłym problemem porządkowym. Nie może zasłaniać się wyłącznie formułą „niezgłoszone zgromadzenie”. Gedenkort für Polen nie jest niemiecką własnością symboliczną. To miejsce pamięci ofiar. A ofiary mają naród, rodziny, potomków, państwo i prawo do pamięci.


Berlin chce „cichego” polskiego gedenken

Najbardziej wymowny jest język używany przez niemiecką policję. Policja wielokrotnie przeciwstawia „stille individuelles Gedenken”, czyli ciche, indywidualne upamiętnienie, działaniom wspólnotowym, demonstracyjnym lub zgromadzeniowym. Według policji godne są formy ciche, uzgodnione, dyplomatyczne, prawnie dopuszczalne. Niedopuszczalne mają być natomiast działania zależnie od miejsca, czasu, przebiegu i skutków.


W praktyce brzmi to tak: Polacy mogą pamiętać, ale po cichu. Mogą przyjść, ale najlepiej pojedynczo. Mogą złożyć wieniec, ale bez krzyża jako wspólnego znaku, bez transparentów, bez flag, bez widocznej wspólnoty i bez politycznego sensu. To jest dokładnie ten punkt, który wymaga polskiej reakcji.


Oczywiście państwo może regulować zgromadzenia. Oczywiście miejsce pamięci nie powinno być niszczone, zakłócane ani wykorzystywane do prowokacji. Ale pamięć narodowa nie jest wyłącznie prywatną emocją, którą można tolerować tylko wtedy, gdy jest cicha, indywidualna i niewidoczna. Pamięć o ofiarach niemieckiej okupacji ma także wymiar publiczny. Zwłaszcza w Berlinie.


Berlin wiedział, że obrazy będą miały w Polsce znaczenie

Policja Berlin wprost przyznaje, że jest świadoma, iż zdjęcia niemieckich funkcjonariuszy sprowadzających do ziemi albo skuwających polskich obywateli w pobliżu miejsca pamięci polskich ofiar niemieckich zbrodni mogą wywołać w Polsce znaczący efekt historyczny, społeczny i emocjonalny. To bardzo ważne zdanie.


Skoro policja była tego świadoma, tym bardziej powinna była działać z najwyższą powściągliwością. Tym bardziej powinna była unikać obrazów, które będą w Polsce odczytywane nie tylko jako interwencja policyjna, lecz jako symboliczna scena: niemieckie państwo siłą zatrzymuje Polaków z krzyżem przy miejscu pamięci polskich ofiar niemieckiego państwa. Tego nie da się przykryć paragrafem.


Co powinno stać się teraz?

Po odpowiedziach Berlina sprawa nie powinna zostać zamknięta. Przeciwnie — dopiero teraz wiadomo, czego trzeba żądać.


Po pierwsze, pełnych nagrań policyjnych. Skoro istnieje dokumentacja wideo, musi zostać zabezpieczona i udostępniona obrońcom, poszkodowanym oraz właściwym organom.


Po drugie, pełnej informacji konsularnej. Trzeba ustalić, dlaczego obywateli polskich nie pouczono o możliwości skorzystania z pomocy konsularnej i kiedy dokładnie powiadomiono Ambasadę RP.


Po trzecie, dokumentacji medycznej osób, które po interwencji trafiły do szpitali.


Po czwarte, pełnej podstawy prawnej każdej czynności wobec każdej z sześciu osób: kto wydał polecenie, o której godzinie, jaka była treść polecenia, kto zastosował kajdanki, kto podjął decyzję o sprowadzeniu do ziemi i kto uznał, że inne środki nie wystarczą.


Po piąte, niezależnej kontroli proporcjonalności. Nie wystarczy, że Policja Berlin sama napisała, że działała proporcjonalnie.


Prawdziwy test niemieckiej kultury pamięci

Niemcy lubią mówić o odpowiedzialności historycznej. Lubią organizować uroczystości, składać wieńce, wygłaszać przemówienia o pojednaniu i pamięci. Ale prawdziwy test nie przychodzi wtedy, gdy wszyscy są elegancko ubrani, przemówienia zatwierdzone, a gesty uzgodnione dyplomatycznie.


Prawdziwy test przychodzi wtedy, gdy pod miejsce pamięci przychodzi grupa niewygodna, politycznie kontrowersyjna, niepasująca do estetyki urzędowej uroczystości. Wtedy właśnie okazuje się, czy państwo naprawdę szanuje wolność, pamięć i godność ofiar, czy tylko zarządza nimi administracyjnie.


Berlin twierdzi, że chronił godność miejsca pamięci. Ale godności miejsca pamięci nie chroni się przez obrazy, które wyglądają jak upokorzenie ludzi niosących krzyż ku pamięci ofiar. Godność miejsca pamięci nie polega na tym, że Polacy mają pamiętać wyłącznie po cichu i najlepiej bez widocznych symboli. Godność miejsca pamięci polega także na tym, że niemieckie państwo, świadome własnej historii, powstrzymuje się od przemocy wszędzie tam, gdzie istnieje jakakolwiek rozsądna alternatywa. A z dokumentów wynika jedno: alternatywy istniały. Była rozmowa. Była możliwość małych grup. Była możliwość wyznaczenia trasy. Była możliwość asysty. Była możliwość krótkiego aktu pamięci. Jednak władza niemiecka tradycyjnie już pod pozorem legalności wybrała blokadę, przymus, kajdanki i represje.


Nazizm niemiecki nie umarł. Przycichł. A współcześnie odradza się.

_________________________________________________________

Jeżeli niniejszy artykuł podoba się Tobie, wspomóż moje działania poprzez wpłatę dowolnej kwoty na rachunek bankowy Fundacji Adama Kłoszewskiego:

PL 46 1140 2004 0000 3902 8210 9529

Komentarze


Wspomóż moje działania poprzez wpłatę dowolnej kwoty na rachunek bankowy Fundacji Adama Kłoszewskiego: PL 46 1140 2004 0000 3902 8210 9529

Wpłać darowiznę przez PayPal
bottom of page